Traktowani jak prawdziwe współczesne wyrocznie faktycznie wydają się mieć więcej wspólnego z wyroczniami, paranauką i magią niż z prawdziwą, encyklopedycznie pojmowaną nauką. Po ostatniej serii sprzecznych doniesień na temat diety (casus, o których mowa opiszę za chwilę) stwierdziłam, że w żadną publikację, w której ktokolwiek powoła się na naukowców, nie uwierzę. Będę czytać tylko te teksty, w których wnioski oparte są na indywidualnych doświadczeniach – choć oczywiście im też nie można wierzyć. Naukowcy coraz częściej gubią się w sprzecznych stwierdzeniach, coraz częściej przekonują nas do wniosków wyciąganych na podstawie wyrywkowo prowadzonych nierzetelnych badań, które w świetle stwierdzenia Galileusza („nagromadzenie danych to nie jest jeszcze nauka”) wcale nie są badaniami, które na dodatek w świetle tego wszystkiego czynią ich (tych państwa zajmujących się niby nauką) pseudo naukowcami. Coraz częściej w odniesieniu do tego środowiska mam zresztą ochotę używać cudzysłowu albo dodatku tzw.: tak zwani naukowcy stwierdzili ostatnio bla bla bla…..
Casus czerwonego mięsa
Zwróciłam nań uwagę, bowiem sprzeczne doniesienia na temat jedzenia mięsa pojawiły się mniej więcej w odstępie jednego tygodnia. Czas był na tyle krótki, że pamiętałam jeszcze doskonale stan wzburzenia po lekturze wyników tzw. badań (jak się za moment przekonacie – mam nadzieję – badaniami tego nazwać nie można).
Mięso zabija
Jak dowiedzieliśmy się całkiem niedawno naukowcy z Harvardu po przeprowadzeniu „kompleksowych” (specjalnie posłużyłam się cudzysłowem) badań około 120 tysięcy osób doszli do wniosku, że jedząc czerwone mięso narażamy się na przedwczesną śmierć. Ryzyko miało rosnąć wraz z każdym zjedzonym befsztykiem. W sieci i w mediach zawrzało. Pojawiły się alarmujące tytuły – samograj np. dla zwolenników diety wegetariańskiej. Na koniec nieliczne medialne dementi (nieliczne, bo żaden z fachowców odnoszących się krytycznie zarówno do doniesień medialnych jak i samych badań z prawdziwą nauką mających niewiele wspólnego) pokazały, że to czym nas straszono jest nieprawdą, ale jak zapewne doskonale wiecie akurat te informacje do mediów już się nie przebiły, bo po co? Całą sprawę dość fajnie (przejrzyście, klarownie i zrozumiale dla zwykłego czytelnika) opisała na swoim blogu pani Katarzyna Kulma >>> http://katarzynakulma.blogspot.com. Polecam również lekturę innych tekstów jej autorstwa.
Wracając do mięsa i mediów: nie minął tydzień, gdy dowiedzieliśmy się, że:
Jedzenie kotletów zapobiega depresji
A ich niejedzenie przyczynia się do powstania tej choroby. Na jakiej podstawie to stwierdzono? Tym razem przebadano ponad tysiąc kobiet. Okazało się, że panie, które nie jedzą czerwonego mięsa (i niekoniecznie pozostają na diecie wegetariańskiej, wystarczy że ograniczają się do jedzenia drobiu i ryb) dwukrotnie częściej niż kobiety nie stroniące od wspomnianego w śródtytule kotleta mają depresję, nerwicę i stany lękowe. Dlaczego tak się dzieje? Tego nie stwierdzono. Tu ponownie przypomina mi się zdanie Galileusza „nagromadzenie danych to jeszcze nie nauka”.
Wnioski
Moje wnioski są następujące: w żadnym wypadku nie należy wierzyć większości medialnych doniesień. Media przesadzają, nie potrafią odczytać prawidłowo wyników badań ani nawet płynących z nich wniosków (te z reguły prezentowane są dość czytelnie więc tym bardziej trudno zrozumieć niefrasobliwość czy wręcz ignorancję mediów). Nie można też wierzyć większości badań a na pewno nie należy podchodzić do nich w pełni bezkrytycznie. Naukowcy, w pościgu za kolejnymi grantami, wymyślają coraz większe bzdury i zamiast skupić się na prawdziwej nauce: odkrywaniu, wynajdywaniu, udoskonalaniu, przetwarzają w kółko te same dane i co gorsza z przetwarzania tego nic dla nas nie wynika. Czy wynika dla naukowców? Cóż, pewnie mogą starać się dzięki temu o kolejne granty.





