RSS
 

Archive for the ‘diety’ Category

Mięso kontra mięso czyli czy można wierzyć naukowcom?

01 May

Traktowani jak prawdziwe współczesne wyrocznie faktycznie wydają się mieć więcej wspólnego z wyroczniami, paranauką i magią niż z prawdziwą, encyklopedycznie pojmowaną nauką. Po ostatniej serii sprzecznych doniesień na temat diety (casus, o których mowa opiszę za chwilę) stwierdziłam, że w żadną publikację, w której ktokolwiek powoła się na naukowców, nie uwierzę. Będę czytać tylko te teksty, w których wnioski oparte są na indywidualnych doświadczeniach – choć oczywiście im też nie można wierzyć. Naukowcy coraz częściej gubią się w sprzecznych stwierdzeniach, coraz częściej przekonują nas do wniosków wyciąganych na podstawie wyrywkowo prowadzonych nierzetelnych badań, które w świetle stwierdzenia Galileusza („nagromadzenie danych to nie jest jeszcze nauka”) wcale nie są badaniami, które na dodatek w świetle tego wszystkiego czynią ich (tych państwa zajmujących się niby nauką) pseudo naukowcami. Coraz częściej w odniesieniu do tego środowiska mam zresztą ochotę używać cudzysłowu albo dodatku tzw.: tak zwani naukowcy stwierdzili ostatnio bla bla bla…..

Casus czerwonego mięsa

Zwróciłam nań uwagę, bowiem sprzeczne doniesienia na temat jedzenia mięsa pojawiły się mniej więcej w odstępie jednego tygodnia. Czas był na tyle krótki, że pamiętałam jeszcze doskonale stan wzburzenia po lekturze wyników tzw. badań (jak się za moment przekonacie – mam nadzieję – badaniami tego nazwać nie można).

Mięso zabija

Jak dowiedzieliśmy się całkiem niedawno naukowcy z Harvardu po przeprowadzeniu „kompleksowych” (specjalnie posłużyłam się cudzysłowem) badań około 120 tysięcy osób doszli do wniosku, że jedząc czerwone mięso narażamy się na przedwczesną śmierć. Ryzyko miało rosnąć wraz z każdym zjedzonym befsztykiem. W sieci i w mediach zawrzało. Pojawiły się alarmujące tytuły – samograj np. dla zwolenników diety wegetariańskiej. Na koniec nieliczne medialne dementi (nieliczne, bo żaden z fachowców odnoszących się krytycznie zarówno do doniesień medialnych jak i samych badań z prawdziwą nauką mających niewiele wspólnego) pokazały, że to czym nas straszono jest nieprawdą, ale jak zapewne doskonale wiecie akurat te informacje do mediów już się nie przebiły, bo po co? Całą sprawę dość fajnie (przejrzyście, klarownie i zrozumiale dla zwykłego czytelnika) opisała na swoim blogu pani Katarzyna Kulma >>> http://katarzynakulma.blogspot.com. Polecam również lekturę innych tekstów jej autorstwa.

Wracając do mięsa i mediów: nie minął tydzień, gdy dowiedzieliśmy się, że:

Jedzenie kotletów zapobiega depresji

A ich niejedzenie przyczynia się do powstania tej choroby. Na jakiej podstawie to stwierdzono? Tym razem przebadano ponad tysiąc kobiet. Okazało się, że panie, które nie jedzą czerwonego mięsa (i niekoniecznie pozostają na diecie wegetariańskiej, wystarczy że ograniczają się do jedzenia drobiu i ryb) dwukrotnie częściej niż kobiety nie stroniące od wspomnianego w śródtytule kotleta mają depresję, nerwicę i stany lękowe. Dlaczego tak się dzieje? Tego nie stwierdzono. Tu ponownie przypomina mi się zdanie Galileusza „nagromadzenie danych to jeszcze nie nauka”.

Wnioski

Moje wnioski są następujące: w żadnym wypadku nie należy wierzyć większości medialnych doniesień. Media przesadzają, nie potrafią odczytać prawidłowo wyników badań ani nawet płynących z nich wniosków (te z reguły prezentowane są dość czytelnie więc tym bardziej trudno zrozumieć niefrasobliwość czy wręcz ignorancję mediów). Nie można też wierzyć większości badań a na pewno nie należy podchodzić do nich w pełni bezkrytycznie. Naukowcy, w pościgu za kolejnymi grantami, wymyślają coraz większe bzdury i zamiast skupić się na prawdziwej nauce: odkrywaniu, wynajdywaniu, udoskonalaniu, przetwarzają w kółko te same dane i co gorsza z przetwarzania tego nic dla nas nie wynika. Czy wynika dla naukowców? Cóż, pewnie mogą starać się dzięki temu o kolejne granty.

 

Nie bójcie się czekolady

16 Apr

Dziś chciałam przede wszystkim zaapelować o to, byście nie obawiali się czekolady. Nawet jeśli się odchudzanie nie powinniście z niej rezygnować. Powiem więcej: czekolada tym bardziej jest dla was. Nie mam oczywiście na myśli wyrobów czekoladopodobnych (niekoniecznie w peerelowskim znaczeniu tego słowa) tj. ograbianych z kakaowych flawonoidów, faszerowanych jakimiś chemicznymi nadzieniami, słodzonych cukrem rafinowanym czy sztucznymi słodzikami. Myślę o prawdziwej, dobrej jakościowo, gorzkiej czekoladzie z prawdziwych nasion kakaowca, myślę o podobnym kakao.
Zanim napiszę dlaczego warto pić kakao i od czasu do czasu zjeść kostkę (a nawet dwie) czekolady chcę jeszcze powiedzieć, że w moim przypadku gęste kakao okazało się rozwiązaniem wszystkich moich problemów ze słodyczami. Co prawda za słodyczami nie przepadam, ale miewam napady takiego apetytu, że już nie raz zdarzało mi się w sposób niekontrolowany objadać różnymi paskudnymi cukierkami. Odkąd staram się mieć pod ręką dobre kakao problem ten przestał być problemem. Gdy łapie mnie chęć na słodycze przygotowuję filiżankę gęstego „napoju bogów” i wypijając je rozwiązuję problem. Takie rozwiązanie jest, jak dla mnie, ekstra rozwiązaniem!

A dlaczego warto pić kakao i jeść czekoladę?

O tym pewnie wiecie co nieco, ale postarajmy się tę wiedzę powtórzyć i uporządkować.
Warto zacząć od tego, że czekolada (a raczej kakao) zawiera część tych samych związków, które znajdziemy w dużych ilościach w zielonej herbacie. Chodzi mianowicie o flawonoidy, przy czym szczególnie wartym uwagi jest jeden z nich: epikatechina działająca m.in. przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie oraz zdaje się, że również lekko odchudzająco.
W kakao i czekoladzie jest też kofeina oraz związek o nazwie fenyloetyloamina należący do grupy endorfin. To dlatego czekolada i kakao wywołują w nas coś w rodzaju ekscytacji, a na pewno są w stanie wyraźnie poprawić nastrój. Na nastrój wpływa też tryptofan, którego działanie jest raczej działaniem stabilizującym. Jak zapewne wiecie z tryptofanu w szeregu przemian powstaje jeden z najważniejszych neuroprzekaźników – serotonina. Dysfunkcje w jej pracy powodują m.in. depresję, a czekolada w pewnym stopniu może temu zapobiec.
Flawonoidy czyli wspomniana już epikatechina z katechiną i procyjanidyna bardzo dobrze wpływają też na układ naczyniowo – sercowy. Zapobiegają odkładaniu się złogów cholesterolu, rozrzedzają krew, stymulują pracę naczyń krwionośnych, a dodatkowo wpływają na syntezę tlenku azotu, dzięki któremu wzrasta wydolność organizmu i możliwe jest tworzenie nowych mięśni. Tę właściwość czekolady (kakao) doceniają na co dzień sportowcy i to również ci, którzy uprawiają sport wyczynowo.
Oprócz flawonoidów, tryptofanu i fenyloetyloaminy kakao zawiera też sporo witamin z witaminami młodości i witaminami sprawności intelektualnej (kolejno: A i E oraz witaminy z grupy B) włącznie oraz pierwiastki takie jak wapń, żelazo czy magnez.

Kakao, czekolada i odchudzanie

Z kakao i czekolady nie warto rezygnować całkowicie w czasie odchudzania, bowiem większość z nas jest uzależniona od słodyczy (w mniejszym lub większym stopniu, ale jednak, miewamy na nie ochotę i nic tego nie zmieni). Skoro tak to rezygnując z czekolady narażamy się na zarzucenie diety z chwilą gdy organizm nazbyt silnie zacznie dopominać się jakichś łakoci. Zjadając kostkę lub dwie kostki czekolady regularnie zapobiegamy temu zjawisku. Mamy więc szansę wytrwać w silnym postanowieniu schudnięcia i to bez większych problemów.
Inną sprawą jest też to, że dzięki kofeinie i epikatechnie kakao poprawia metabolizm i termogenezę. Działa trochę jak kawa i zielona herbata razem wzięte – to jedna z jego najważniejszych zalet.
Drugą ogromną zaletą kakao jest fakt, iż zawiera ono tłuszcze jednonienasycone z grupy MUFA, a badania prowadzone od dłuższego już czasu wskazują, że obecność tych tłuszczy w diecie jest jednym z filarów, na których należy oprzeć odchudzanie szczególnie wtedy, gdy naszym problemem jest otyłość brzuszna. Kakao to nie jedyne źródło tych kwasów. Zawierają je też orzechy czy wreszcie oliwa z oliwek. Na tej podstawie twierdzi się wręcz, że to kwasy MUFA zapewniają zdrowie nacjom pozostającym na diecie śródziemnomorskiej bądź im podobnych modelach odżywiania, w których nie brak tłuszczów nienasyconych.

Jakie kakao, jaka czekolada?

Powinno być oczywiste, że będąc na diecie (ale nie tylko wtedy) powinniśmy unikać słodkich wyrobów czekoladowych. Jeśli więc już jemy czekoladę niech będzie to dobra jakościowo czekolada gorzka. Podobnie jeśli chodzi o kakao. Przy okazji chcę wam uzmysłowić fakt, iż współcześnie bardzo wiele czekoladowych wyrobów jest pozbawiana flawonoidów, które nadają czekoladzie i kakao charakterystyczną goryczkę. Jeśli goryczy nie jesteście w stanie znieść lepiej darujcie sobie zjadanie wyrobów czekoladopodobnych bo to niezdrowe i wbrew zaleceniom dietetycznym. Dodam jeszcze, że ostatnio trafiłam nawet na kakao odtłuszczone w wersji light. Tworzenie i spożywanie takich produktów też wydaje mi się idiotyzmem, bo jeśli już mamy przygotowywać napój bogów to wypijajmy go w takiej postaci, w jakiej spożywa się go tradycyjnie. Bez „usmaczniających” tj. uszlachetniających dodatków i w jak najmniej przetworzonej postaci.

 
 

Efekt jojo – nie taki zły jak go malują

29 Jan

Naukowcy z Ohio University doszli ostatnio do wniosku, że z punktu widzenia naszego zdrowia znacznie lepiej jest naprzemiennie tyć, zrzucać kilogramy, tyć i ponownie chudnąć niż stale utrzymywać zbyt wysoką wagę. Oczywiście idealnym rozwiązaniem byłoby utrzymywanie wagi idealnej tj. posiadanie ładnej, nieotłuszczonej sylwetki, ale skoro w dzisiejszych czasach jesteśmy skazani na nadwagę i otyłość (w świetle statystyk naprawdę trudno temu zaprzeczyć) zdrowszym rozwiązaniem jest podejmowanie prób odchudzania, które kończą się fiaskiem niż nierobienie niczego i stałe utrzymywanie zbyt wysokiej wagi.

Efekt jo-jo niekoniecznie taki zły jak mogłoby się wydawać

Przed podjęciem badań naukowcy doszli do wniosku, że całe „zło” przypisywane efektowi jojo a właściwie wielu wahaniom wagi na przestrzeni całego życia nie ma naukowego uzasadnienia, bowiem żadne badania jak dotąd nie potwierdziły iż mógłby on mieć destrukcyjny wpływ na cokolwiek. Ta przesłanka stała się przyczynkiem do przeprowadzenia eksperymentów.

Gryzonie w roli głównej

Pewnie zastanawiacie się dlaczego tak często badania prowadzone są właśnie na myszach? No cóż, to wszystkożerne ssaki (to po pierwsze), jak się okazuje sporą rolę odgrywa jednak również ich „krótkowieczność”. Myszy żyją na tyle krótko, że obserwowanie ich reakcji na różnego rodzaju doświadczenia dietetyczne daje możliwość wyciągnięcia w miarę wiarygodnych wniosków. W przypadku człowieka w grę wchodzi zbyt wiele czynników mogących zaburzać przebieg i wyniki doświadczeń (choroby, reakcje na stres etc.), że takie badania są bardzo utrudnione.
Przejdźmy jednak do rzeczy czyli do wyjaśnienia na jakiej to podstawie naukowcy wyciągają wniosek, że odchudzanie, nawet nieudane i nawet zakończone efektem jojo, jest zdrowsze niż stan stałego przebywania na diecie i permanentna wysoka nadwaga bądź otyłość.

Eksperyment

Myszy podzielono na trzy grupy. W każdej z nich znalazło się dziesięć osobników, każdą z grup karmiono zupełnie inaczej. Pierwszej grupie zaserwowano dietę wysokotłuszczową, drugiej niskotłuszczową, a trzeciej naprzemienną a właściwie taką, która wywoływała efekt jo-jo.
Zwierzęta przez całe swoje życie były na takich właśnie dietach. Stale kontrolowano też ważne wskaźniki zdrowotne łącznie z pomiarem poziomu cukru we krwi.
Co się okazało? Myszy na diecie niskotłuszczowej stale miały wyniki w granicach normy i cieszyły się znacznie lepszym zdrowiem niż myszy na diecie wysokotłuszczowej. Mysie grubaski były bardziej chorowite i nawet na czczo w ich organizmach utrzymywał się podwyższony poziom glukozy, co prowadziło do wykształcenia nietolerancji i powstania stanów przedcukrzycowych. Uśrednione wyniki myszy na diecie powodującej efekt jo-jo mieściły się w granicach normy.
Myszy na diecie jo-jo żyły niemal tyle samo ile myszy karmione paszami niskotłuszczowymi. Myszy na diecie wysokotłuszczowej zdychały znacznie wcześniej. Średnie długości życia kształtowały się następująco:

  • myszy na diecie niskotłuszczowej żyły 2,09 roku
  • myszy na diecie wysokotłuszczowej przeżywały 1,5 roku
  • myszy „z efektem jojo” żyły średnio 2,04 roku.

Jaki z tego wniosek? Oczywiście taki, że nawet próby odchudzania zakończone efektem jo-jo (czyli teoretycznie porażką) poprawiają kondycję i zdrowie. Jednym słowem nawet przez całe życie warto się odchudzać, choć oczywiście lepiej byłoby stale zachowywać szczupłą sylwetkę. Oczywiście nie ma co porównywać, ale gdyby tak proporcjonalnie przeliczyć różnice w długości życia myszy i ludzi różnice byłyby bardziej znaczące.

 
 

Głodówka nie dla osób otyłych

28 Jan

Jak niedawno odkryli naukowcy osoby otyłe, lub ze sporą nadwagą, nie powinny się głodzić, tzn. nie powinny stosować głodówek ani rygorystycznych diet związanych ze znaczną redukcją kalorii. W przypadku takich osób, to w sumie nie nowina, najlepiej sprawdza się metoda małych kroczków, czyli odchudzanie oparte na stopniowej zmianie nawyków żywieniowych i łagodne przechodzenie na diety odchudzające. Na nieco większą beztroskę mogą pozwolić sobie osoby z niewielką nadwagą i takie, u których masa ciała utrzymuje się w granicach normy, a kilkudniowe restrykcyjne diety odchudzające, bądź jednodniowe głodówki mają jedynie na celu utrzymanie tej normy (podtrzymanie wagi) i jakkolwiek nie są to rozwiązania zdrowe i w zasadzie trudno je polecać u osób szczupłych takie postępowanie może przynieść zamierzone efekty, podczas gdy u osób otyłych i z nadwagą nie prowadzi praktycznie do niczego.

Badania na gryzoniach

Badania, na podstawie których można wyciągnąć takie właśnie wnioski prowadzono jak na razie na gryzoniach (myszach laboratoryjnych). Myszy podzielono na dwie grupy. Pierwszą przez kilka miesięcy utrzymywano na diecie niskotłuszczowej zawierającej ok. 10% tłuszczu, w pożywieniu myszy z drugiej grupy znajdowało się aż 60% tłuszczu. Po trzech miesiącach obydwu grupom myszy „zafundowano” jednodniową głodówkę. Co się okazało? Myszy szczupłe tj. te na diecie niskotłuszczowej po głodówce traciły nawet 18% masy ciała, a myszy otyłe jedynie 5%. Mnie osobiście zastanawia jedynie to czy myszy z pierwszej grupy nie traciły przypadkiem mięśni, ale o tym w tekście, który donosi o odkryciu, nic nie wspomniano.
O tym, iż miało to być zjawisko pozytywne świadczy wg naukowców fakt, iż myszy otyłe w czasie głodówki popadały w depresję i nie przejawiały zwykłej aktywności podczas gdy myszy szczupłe przerwy w dostawie pożywienia nie odczuły jako szoku i funkcjonowały zupełnie normalnie.
Grupa naukowców pod przewodnictwem profesora Freunda (Uniwersytet Illinois) stwierdziła też, że za taki stan rzeczy odpowiedzialny jest mechanizm polegający na przeciwzapalnym wpływie głodówki na układ neuroimmunologiczny. Wpływ ten u zwierząt szczupłych był wyraźnie zauważalny, podczas gdy myszy otyłe wpływ ten był wyraźnie zahamowany.
Może to jednak prawda, że niedojadanie przedłuża życie i poprawia sprawność (również umysłową)? Sama nie wiem.
Jak w takim razie nauczyć się niedojadania? Macie jakiś pomysł poza suplementami hamującymi łaknienie (vide: Hoodia Gordonii)?

 
No Comments

Posted in diety

 

Szum wokół resveratrolu

27 Jan

Ostatnimi czasy w niektórych mediach było bardzo głośnie o oszustwie, a właściwie serii oszustw popełnionych przez niejakiego Dipaka Dasa – profesora z University of Connecticut, zajmującego się pracami nad resveratrolem. Media oczywiście nagłośniły sprawę (i to jak!) najczęściej przedstawiając ją w sposób tak nieobiektywny i ogólnikowy, że aż woła to o pomstę do nieba. Co ciekawe wygląda na to, że same media w ogóle nie poczuwają się do odpowiedzialności, a chyba każdy rozsądnie myślący człowiek zdaje sobie sprawę z faktu, iż każde odkrycie naukowe z chwilą gdy stanie się wydarzeniem medialnym zostaje przedstawione albo jednostronnie, albo nierzetelnie, albo ustalenia naukowców opisywane są wyrywkowo dzięki czemu zyskują mocniejszy wydźwięk, ale tracą wiarygodność. Okazuje się, że gazety lubią nagłaśniać nie tylko sukcesy naukowców, ale jeszcze chętniej przedstawiają porażki tego środowiska, a negatywne doniesienia (podobnie zresztą do komunikatów mających pozytywny wydźwięk) z wiarygodnością i obiektywizmem mają niewiele wspólnego.
Do rzeczy: zbulwersował mnie nie tyle fakt, że Dipak Das fałszował wyniki swoich badań po to , by uzyskać większe dotacje (naukowiec też człowiek, i wśród naukowców mogą zdarzać się oszuści), ile fakt, iż media podchwytując nowinkę całe szpalty poświęcały oszustowi i fałszywym wynikom badań nad resweratrolem, a zaledwie jeden akapit (jedno lub dwuzdaniowy) zawierał informację iż substancję tę badało wielu naukowców, tak więc nie wszystkie badania są fałszywe. Kolejnym bulwersującym faktem jest to, że sam Dipak Das miał być podobno naukowcem drugoligowym i jako taki publikował w podrzędnych czasopismach naukowych. W gruncie rzeczy więc wyniki jego badań pewnie wcale nie przebijały się do międzynarodowej pracy i nie wydaje się by mogły być nagłaśniane tak jak efekty badań naukowców z pierwszej ligi. Po co więc rozwodzić się nad fałszerstwami kogoś kto w środowisku się nie liczy? Może po to, by zaszkodzić samemu resveratrolowi? Nie wiem, w każdym razie z tego co widzę, osoby, które zanadto ufają mediom, nie potrafią czytać uważnie i chyba niespecjalnie radzą sobie z myśleniem już w tej chwili doszły do przekonania, że dobroczynne działanie resveratrolu to jedna wielka ściema.
Dlatego też każdemu, kto zechce kwestionować to co pisaliśmy o resveratrolu w naszym blogu polecam zapoznanie się z dostępną literaturą, a przede wszystkim z doniesieniami na temat oszustw profesora Dasa.

Czym zasłynął Das?

Wpływ czerwonego wina i zawartych w nim związków (łącznie z resveratrolem) badała bardzo duża grupa naukowców i zanim ww. profesor zajął się badaniami istniała już pewna literatura potwierdzająca dobroczynny wpływ resveratrolu na organizm. Dipak Das zdaje się zasłynął jedynie tym, że bodaj jako pierwszy ogłosił jakoby białe wino i piwo działały ochronnie na serce, co już nie jest tak oczywiste, poza tym akurat te alkohole zawierają znikome ilości resveratrolu.

Dipak Das nie był pierwszym naukowcem badającym wpływ resveratrolu, a to jego poprzednicy (w tym profesor David Sinclair z Harvardu) odkryli iż resveratrol jest swego rodzaju eliksirem młodości. Co więcej, czołowi badacze tego związku niewiele wiedzą o profesorze Dasie, trudno więc uznać go za autorytet w świecie nauki, tym bardziej dziwi więc to, z jakim zaangażowaniem media podeszły do nagłośnienia sprawy oszustwa.

Po co to wszystko i co z tego wynika?

Okazało się, że Das fałszował badania najprawdopodobniej po to, by zyskać kolejne fundusze na dofinansowanie swoich badań. O Dasie, jak wspomniałam, nikt z poważnych naukowców nie słyszał, profesor publikował w czasopismach, których poważni naukowcy raczej nie czytają, należy więc traktować go marginalnie i jego oszustwa podobnie. Nie ma dziś podstaw do kwestionowania działania resveratrolu i, chociażby biorąc pod uwagę francuski paradoks, nie ma powodów do rezygnacji z picia czerwonego wina.

 

Dieta kapuściana w tabletkach – hit czy kolejny kit?

12 Nov

Nie da się ukryć, że na diecie kapuścianej kolejne kilogramy gubi się w tempie ekspresowym. Waga spada tak, jak nigdy dotąd a człowiek ciesząc się z tych ubytków nie zastanawia się nawet czy aby na pewno stosując tę dietę spala tkankę tłuszczową, czy też wraz z kolejnymi kilogramami nie traci czegoś innego. Prawda o tej diecie nie brzmi niestety optymistycznie: chudnąc na niej wyniszczamy organizm i chociaż sama kapusta jest jednym z najzdrowszych i najcenniejszych warzyw oparcie całej diety na niej właśnie nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Dla przypomnienia: zasady diety

Dieta zaplanowana jest na tydzień. W tym czasie naszą żywieniową bazą pozostaje zupa z kapusty z dodatkiem innych warzyw – przepis na tę zupę znajdziecie bez problemu, podobnie jak jadłospis toteż pozwolę sobie pominąć szczegółowe wskazówki odsyłając was np. tutaj >>> Dieta kapuściana – przepis na zupę i jadłospis.
Będąc na diecie jesteśmy praktycznie skazani na same warzywa, ale możemy też jeść owoce eliminując praktycznie całkowicie inne węglowodany, a przede wszystkim tłuszcze. Głodować nie musimy, bowiem wszelkie deficyty możemy pokrywać zupą kapuścianą ewentualnie innymi warzywami, ale faktem jest, że wytrwanie na tej diecie w wielu przypadkach mimo wszystko graniczy z cudem.
Teoretycznie jedząc sporo warzyw i owoców oraz bardzo zdrowej kapusty powinniśmy dostarczyć sobie odpowiednie ilości składników odżywczych, ale tego nie robimy – na diecie kapuścianej występują poważne deficyty białka stąd też pamiętajmy, że pozostając na niej nie zgubimy tłuszczu, a raczej spalimy część mięśni i poważnie odwodnimy organizm wypłukując z niego (przy okazji) wszystko to co jest mu potrzebne). Wydaje się, że dieta kapuściana może być dobrą alternatywą dla oczyszczenia organizmu, ale i w tym przypadku radziłabym ograniczyć czas jej stosowania do dwóch, maksymalnie trzech dni, potem metabolizm zaczyna spowalniać, a deficyt białka i ważnych kwasów tłuszczowych autentycznie zaczyna dawać się we znaki.

Dieta kapuściana w tabletkach

Tabletki reklamowane jako odchudzająca zupa w pigułce cieszą się coraz większym zainteresowaniem. A propos reklam – dodam jedynie, że w niektórych mediach (czasopisma) tabletki te reklamowane są bardzo nieetycznie poprzez wciskanie ludziom takiego kitu, w który nawet będąc zaledwie w niewielkim stopniu sceptykiem trudno uwierzyć, mam nadzieję, że niewiele osób daje się nabrać na takie tanie reklamowe chwyty. Nie o tym jednak chciałam – czy tabletki z „zupą kapuścianą” faktycznie odchudzają? Nie wiem, bo ich nie wypróbowywałam, ale jeśli są przygotowane z dbałością o zachowanie wszystkich ważnych składników odżywczych znajdujących się w kapuście i w towarzyszących jej warzywach warto zwrócić na nie uwagę z jednego prostego względu: nie wszyscy lubimy kapustę toteż takie suplementy można potraktować jako coś w rodzaju dodatku do diety – typowego suplementu, który może ułatwić nam zrzucenie paru kilogramów. Nie liczyłabym jednak na cuda.

Pamiętajcie o kapuście


Przede wszystkim jednak zachęcałabym do jedzenia kapusty w ilościach… jak największych. Ja osobiście staram się, by codziennie znalazła się w moim menu. Najbardziej lubię surówki nawet z odrobiną majonezu nie powinny nikomu zaszkodzić, a że do kapusty pasują niemal wszystkie zioła (i mieszanki ziołowe) przy tym samym podstawowym składniku możemy mieć codziennie inną surówkę. Kolejna sprawa – kapusta dość dobrze się przechowuje (w odpowiednich warunkach) możemy więc liczyć na to, że kupując ją w sklepie trafimy na okaz niezbyt nafaszerowany chemią. Jeszcze jedno – kapusta dostępna jest praktycznie przez cały rok i nawet jeśli obawiamy się kupowania świeżych egzemplarzy zawsze możemy zaopatrzyć się w kapustę kiszoną. Dodam jeszcze, że efekty specjalne (wzdęcia etc.) towarzyszące często jedzeniu kapusty znikają o ile dopracujemy dietę tak, by nie łączyć pewnych składników. Ja osobiście zjadam codzienną surówkę w ramach jednego (jednoskładnikowego) posiłku. Zazwyczaj na podwieczorek i nie mam żadnych problemów ze wspomnianymi wyżej skutkami jedzenia tego warzywka.

Tabletki z wyciągami z kapusty w pewnych sytuacjach warto polecić, diety kapuścianej zdecydowanie nie polecam chyba, że przejdziecie na nią na dwa trzy dni w ramach oczyszczania organizmu, za to jedzenie kapusty (bez ograniczeń) polecam wszystkim. To tanie, powszechnie występujące, uważane za mało wykwintne warzywo jest prawdziwą kopalnią zdrowia. W kapuście znajdziecie witaminy A, B, C, minerały takie jak potas, fosfor, magnez, wapń czy żelazo. Kapusta zawiera też śladowe ilości srebra, a prawdziwie rewelacyjnie działającym składnikiem jest pewien rodzaj białka określany mianem „czynnika antywrzodowego”. Białko to dosłownie leczy niektóre przypadki choroby wrzodowej przewodu pokarmowego, działa też ochronnie tj. minimalizuje ryzyko ich wystąpienia.
Z kapustą powinny uważać jedynie osoby chorujące na niedoczynność tarczycy (obniża ona przyswajalność jodu) oraz osoby, u których występują niedobory żelaza.